Na początek ("Alchemia manipulacji")

prze­platamy współczesne techniki sprzedaży technikami klasycz­nymi. Robimy tak dlatego, że nadal uważamy je za najbardziej przydatne.

Sposób, w jaki badaliśmy wywieranie wpływu na kupują­cych, pozwala nam zaprezentować wiele przykładów. W nie­których miejscach będziemy namawiali Cię do wykonywa­nia kilku czynności jednocześnie. Wiemy, że jest to trudne, ale uważamy, że w ten sposób będziesz mógł uzyskać naj­lepsze rezultaty.

Kolejne zagadnienie, którym będziemy się zajmować, to spostrzeżenie, że każdą sprzedaż da się sprowadzić do za­ledwie dwuetapowego procesu. Na omówienie tego zagad­nienia poświęcimy sporo miejsca, ponieważ będziemy chcieli omówić cały proces od końca do początku. Generalnie cho­dzi o to, żeby ustalić, kiedy naprawdę chcesz coś sprzedać.

Mam dobrego partnera w interesach, który zatrudnia około 15 handlowców. Kiedyś spotkaliśmy się wszyscy wieczorem po zakończeniu szkolenia. Zauważyłem, że wiele z tych osób podjechało na parking najnowszymi modelami drogich aut. Powiedziałem wtedy koledze: „No, no, widzę, że naprawdę nieźle płacisz swoim ludziom. Chyba że oni po prostu wy­przedają ostatnie koszule, żeby kupić sobie takie samocho­dy”. Na to Bob odparł: „Aż tak dobrze im nie płacę, przy­najmniej jeśli chodzi o wymiar finansowy. Niektórzy z nich naprawdę ciężko pracują, ale nie stać ich na takie auta. Mi­mo to za każdym razem, gdy któryś z nich sobie takie kupi, uśmiecham się pod nosem, ponieważ wiem, że będzie mu­siał zarobić na utrzymanie, a to da mu największą możliwą motywację. Lubię, gdy moi sprzedawcy do pewnego stopnia odczuwają głód. Nic tak mocno nie zagrzewa ich do pracy”. Tak więc według niego jego pracownicy są silnie zmotywo-wani wewnętrznie. Za każdym razem, gdy któryś z nich za­czyna trochę zwalniać tempo, Bob podpytuje go, jak spra­wuje się nowe auto.

Tak więc trik sprowadza się tu do rozbudzenia pragnie­nia zrobienia kosztownych zakupów i pokazania produktu. Wpadłem na to, gdy pracowałem z klientami. Kiedyś zajmo­wałem się bowiem modelowaniem w dziedzinie psychotera­pii (dopóki się nie otrząsnąłem i nie zapytałem samego sie­bie, co ja wyprawiam).

Modelowałem terapeutów, a terapeuci, zwłaszcza dobrzy, są całkiem dobrymi sprzedawcami. Na przykład Milton Erick-son, który był świetnym hipnotyzerem. Właściwie to w dzie­dzinie sprzedaży ma on swój odpowiednik w postaci Bena Feldmana. Ci dwaj panowie mówili w bardzo podobny spo­sób i stosowali taką samą intonację. Bardzo mnie to zasko­czyło, ponieważ gdy po raz pierwszy spotkałem Miltona, pomyślałem sobie, że jest to najbardziej dziwaczna istota na tej planecie. Był on jednak niesamowity. Potrafił skłonić lu­dzi do zrobienia niemal wszystkiego. Na przykład wysyłał ich na pustynię, żeby szukali drzew boojum. Pytaliśmy go: „Milton, dlaczego im to robisz?”. Odpowiadał tylko: „Żeby się przekonać, czy potrafię. Tak, żeby się przekonać…”.

Zdziwiło mnie po pierwsze to, że Milton był starym ma­niakiem, który potrafił po prostu siedzieć i zapadać w głębo­ki trans. A po drugie to, że gdy spotkałem Bena Feldmana, okazało się, że mają oni identyczną tonację. Jedyna różnica między nimi polegała na tym, że Ben nosił ze sobą książkę obłożoną w plastikową folię. Pod folią znajdowały się luźno poukładane pieniądze, które „wyfruwały” z książki po jej otworzeniu. To był jego trik numer jeden — zdobyć uwagę. Po takim pokazie Ben przewracał kartkę i oczom widza uka­zywało się duże zdjęcie Ernesta Hemingwaya. Feldman spo­glądał wtedy na klienta i mówił: „Ernest Hemingway nie żyje!”. Dość bezpośrednie, prawda? Klient spuszczał wtedy wzrok, a Ben

Pages: 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10

Dodaj komentarz do 'Na początek ("Alchemia manipulacji")'