„Parasolka”

Tam, gdzie nigdy nie pada deszcz, najpiękniejszą część rozległego krajobrazu ubarwiają parasolki przeciwsłoneczne. Duże i małe. Te pastelowe i te mieniące się soczystymi barwami. Projektanci parasolek prześcigają się w tworzeniu przepięknych wzorów: klasycznych i nowoczesnych, w zależności od gustu i społecznego statusu zamawiających. Niedzielne popołudnia, szemrzące rozmowami spacerujących po parku mieszkańców, rozwijają parasolki niczym skrzydła wielobarwnego motyla, wygrzewającego się na słońcu i trzepoczącego skrzydłami na wietrze. Najdumniej po parku kroczą kolekcjonerzy parasoli. Przeszukują oni strychy i sklepy z antykami, odnawiają zdarty materiał, reperują druty, szlifują rączki. Stare parasole są niezwykle cenne i niezwykle drogie.

Najstarsze, historyczne parasolowe pamiątki można było znaleźć u Błękitnej Parasolniczki. Tak nazywano kobietę, która w kamienicy na rynku, od wielu lat prowadziła sklep z antykami. Sprowadzała tu prawdziwe cuda i zanim sprzedała parasol, opowiadała kolekcjonerowi jego historię. W błękitnych oczach Parasolniczki można było znaleźć czas miłości i czas śmierci – wplecione każdą opowieść. Czy były to prawdziwe historie, nie wiem, ale z pewnością wszyscy mieszkańcy przywiązywali do nich niezwykłą wagę.

Pewnego dnia w mieście zawrzało: niezwykła wiadomość obiegła wszystkie domy. Z drżeniem przekazywano ją sobie z ust do ust. Miasto napęczniało tajemniczym szeptem: Błękitna Parasolnicza przywiozła skądś Parasol Przeciwdeszczowy! Nikt nigdy takiego cuda nie widział. Ba! Nikt nigdy nawet nie słyszał o miejscach, w których pada deszcz! Sami kolekcjonerzy nie byli do końca pewni: czy to niezwykły eksponat, czy dziwadło? Już wkrótce wszyscy odwiedzili sklepik w starej kamienicy. Już wkrótce wszyscy go ujrzeli. I jedno stało się pewne: parasol był przepiękny. Pomimo, iż naznaczona czasem, materia naciągnięta na mocne druty była silna i sprężysta a rzeźbiona, zakrzywiona rączka pasowała idealnie do trzymającej ją dłoni.

- „To wszystko po to, by przetrwał wichry uderzające z każdej strony i odbijał siekące strumienie deszczu” – mówiła Błękitna Parasolnicza i pieściła pergaminową dłonią swój skarb. I on miał swoją historię: kiedy ją opowiadała, błękit spojrzenia zaciągały ciemne chmury, a błyskawice rozpalały łagodny dotąd wyraz dobrych oczu.

Wszyscy doceniali niezwykłą wartość parasola, ale też z jakichś powodów nikt nie chciał go kupić. Jakie mogły być tego powody, do końca nie wiem, ale myślę, że kolekcjonerzy bali się deszczu, którym szemrał parasol i jego mroczna historia. A poza tym: cóż to za pożytek z parasola, którym nie można się pochwalić w słoneczne, niedzielne popołudnie. Z tych też powodów nikt nigdy nie rozłożył go, by przejrzeć się w wielkim lustrze, które zajmowało jedną ze ścian sklepiku.

Nocą, kiedy parasole żyły własnym życiem i przechadzały się dumnie przed lustrem, albo plotkowały lekko i jazgotliwie, parasol przeciwdeszczowy przeżywał prawdziwe katusze.

-„Po cóż mi żyć”- myślał – „skoro nie mogę odnaleźć swojego miejsca. Na nic moje obycie, maniery i piękno, skoro nie mogę ich wykorzystać. Na nic moja siła. Już nawet sam siebie nie pamiętam”. Coraz słabiej biło jego serce. Cóż z tego, że inne parasole starały się go pocieszać, skoro zatracił siebie. Bezużyteczny, choć podziwiany.

Aż wreszcie, w poniedziałkowy poranek, kiedy srebrny dzwonek u drzwi sklepiku Błękitnej Parasolniczki zadźwięczał, witając gościa, pojawiła się szansa na zmianę smutnego losu. Lepszą, czy gorszą? Tego nie wiem, ale każda zmiana była lepsza od zapomnienia i smutnego, nieprzydatnego stania w kącie. Stała klientka sklepiku pytała o cenę parasola przeciwdeszczowego! Wybierała się w daleką podróż i kiedy dowiedziała się o deszczu, obawiała się, ze gdzieś w tamtym świecie może stać się ofiarą tego żywiołu. Chciała więc zabezpieczyć się (a była kobietą wielce rozsądną) i stąd pojawił się pomysł niezwykłego, (jak na miasto, w którym nigdy nie pada deszcz), zakupu.

Błękitna Parasolnicza znów pogładziła szeleszczącą materię swą pergaminową dłonią. Łzy wzruszenia zrosiły jej jasne spojrzenie niczym wiosenny deszcz i oddała parasol klientce mówiąc – „ten nie ma ceny. Zabierz go i daj mu nadzieję na nowe życie”.

Jego parasolowe serce zaczęło bić coraz mocniej, aż zaśpiewał niezwykłą melodią drżących drutów. I tak grał przez całą podróż. I pokochał tę nadzieję, choć nie wiedział, jak skończy się wyprawa. Stukot pociągu i świst samolotu, lakierowane buty i puszyste chmury: mógł to wszystko usłyszeć i zobaczyć, bo został przytwierdzony paskiem do jednej z masywnych, skórzanych waliz. Wreszcie poczuł, że to już koniec podróży. Zamieszanie, odprawa bagażu, pośpiech, tłok. Nagle poluzował się pasek, a rzeźbiona rączka zahaczyła o zieloną torbę podróżną, która minęła skórzaną walizę. Właściciel zielonego bagażu zbyt późno zorientował się, że stał się także posiadaczem parasola przeciwdeszczowego, a klientka Błękitnej Parasolniczki zbyt późno zorientowała się, że zgubiła parasol. Ludzie minęli się i nigdy się już nie spotkali.

-„Jesteś piękny” – powiedział właściciel zielonej torby podróżnej – „ale nie przydasz mi się teraz. Uciekam od chłodu do ciepłych krajów”. I oparł zgubę o ławkę w parku. I odszedł.

Paniczny strach, rozpacz i przeszywający ból utraconej nadziei: to wszystko czuł parasol porzucony w obcym mieście. Nagle usłyszał podniesione głosy i kłótnię. Szybki stukot obcasów. Poczuł, że ktoś usiadł na ławce i zobaczył zapłakaną dziewczynę. Obok stanął młody chłopak. Krzyczeli na siebie, mówili o niemożności porozumienia się, o bólu, o porzuceniu. Znał te uczucia. I wtedy zaczął padać deszcz. Drobne krople łączyły się z sobą i w coraz bardziej szalonym tańcu wypełniały duszną przestrzeń między niebem a ziemią. Wtedy chłopak zauważył parasol oparty o ławkę. Schwycił rączkę, która dopasowała się do jego dłoni i rozłożył dawno nieużywane druty. Podał rękę dziewczynie i objął ją, by schroniła się pod obszernym dachem materiału. Parasol poczuł zwariowany taniec deszczu i zawirował w tańcu do srebrzystej melodii ulewy.

Czy był to ostatni, czy pierwszy jego taniec, tego nie wiem…

Autor:
Ewa Król

Dodaj komentarz do '„Parasolka”'