„Kameleon”
Tam, gdzie słońce rozpoczyna swą wędrówkę, wiatry grają w zawody, ścigając się pomiędzy źdźbłami traw porastających wielkie połacie ziemi. I choć ziemie jest tam gorąca, słońcem nagrzana, to cieszy się niezwykłym przywilejem: zawsze jest wystarczająco nawodniona. Słońce bowiem lubi kąpać się o świcie w rosie, w trawach pełnych ziół i zapachu kwiatów.
Ta niezwykle urodzajna ziemia ściągnęła wszystkie gatunki zwierząt, które żyły tu w dostatku, nie obawiając się, że zabraknie im pożywienia i wody. Zasłużyły sobie na tę Ziemię Wschodzącego Słońca. Bowiem, żeby na niej zamieszkać musiały pokonać pustynię, która otaczała ten niezwykły zakątek. Wiele zwierząt padło w drodze z wyczerpania, ale te, które tu dotarły zapewniły sobie i swym dzieciom długie lata wyśnionego szczęścia. Żyły zgodnie z prawami gatunków i tylko raz w roku wszystkie spotykały się na Święcie Ziemi Wschodzącego Słońca, by wspólnie wspominać dzień przybycia na tę ziemię zwierzęcych przodków. Wśród zwierząt, które przeszły przez pustynię były kameleony. Brzydkie jaszczury o wyłupiastych oczach, które cieszyły się wielkim szacunkiem małych zwierząt ze względu na swoją zdolność szybkiego dostosowania się do środowiska. Z tego samego powodu pogardzały nimi drapieżniki ceniące sobie bohaterów walczących na śmierć i życie.
Kameleony nie przejmowały się niczyim zdaniem: wszak taki posiadały dar i dzięki niemu ich przodkowie dotarli tu całą rodziną. Teraz doskonaliły umiejętności dostosowując swe barwy do niezliczonych kolorów, jakie mieniły się na słonecznej łące. Tylko jeden z nich nie mógł zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Raz zdawało mu się, że to wynik tchórzostwa gatunku, innym razem, że to wielkie oszustwo i wściekły był, że automatycznie, bez możliwości panowania nad swoim ciałem zmieniał kolory jak…kameleon. Postanowił więc obserwować zwierzęta, które mu imponowały. I zobaczył: królewską odwagę lwa, szybkość podejmowania decyzji lamparta, siłę słonia, strzelistą szybkość sokoła, dostojność orła i nieustępliwość krokodyla. Wiele godzin spędził na studiowaniu zachowania tych zwierząt, wiele się od nich nauczył. Czasami wydawało mu się nawet, że wie więcej niż one, ale jego ciało nadal było jego ciałem, a przyzwyczajenia gatunku jego przyzwyczajeniami: to przybierał złocistą barwę lwiej grzywy, to znów dostawał uporczywych plamek lamparcich, a kiedy szybował na grzbiecie orła wydawało mu się nawet, że porasta w ptasie skrzydła. Tak naprawdę, o ironio! stał się mistrzem swojego gatunku, a choć tyle już wiedział, wciąż nie znajdował odpowiedzi na najważniejsze dręczące go pytanie: po cóż Bóg Zwierząt dał kameleonom tę zdolność dopasowania się?
Tak mijały dni i lata w Krainie Wschodzącego Słońca. Rodziły się nowe zwierzęta i wkrótce okazało się, że miejsca w tym raju jest coraz mniej i coraz więcej wysiłku trzeba włożyć, by znaleźć pożywienie. W końcu sytuacja stała się krytyczna. Rada zwierząt zaczęła wydzielać racje wody, by starczyło dla wszystkich, a i słońce z rzadka bywało na okaleczonej łące. Trzeba było natychmiast ratować ziemię. Był na to jeden sposób. Łąkę porastał niezwykły gatunek wędrownych traw, które posiadały zdolność aklimatyzowania się w trudnych warunkach. Ich korzenie mogły wrosnąć w piach. Gdyby trawy porosły pustynię, szybko zmieniłby się jej klimat i zwierzęta zostałyby uratowane.
Pomysł był dobry, ale niestety trawy bały się tej wyprawy.
Obawiały się palącego słońca i gorącego wiatru, który mógłby rozwiać je na cztery strony świata. Na nic zdały się przekonywania, że jeśli wyruszą wszystkie, będą silne i niepokonane. Bały się i już. Duże zwierzęta próbowały stanąć na ich czele: lew ze swym autorytetem, lampart szybko podejmujący decyzje, silny słoń, strzelisty sokół, mądry orzeł, nieustępliwy krokodyl. Jednak żadne z nich nie potrafiło porwać traw do walki o ziemię. I wtedy odpowiedź spłynęła na kameleona niczym nagły dar: zebrał całą swoją wiedzę, WSZEDŁ MIĘDZY TRAWY, a one, jakby niesione swą własną myślą ruszyły dzielnie na piaski…
Autor:
Ewa Król
